Soviet prisoners in the SS Auschwitz

Krematorium nr 1 (widok współczesny)

(Foto. Archiwum osobiste Je. Rogowej)
(Foto. Komendant obozu Rudolf Höss na procesie w Warszawie, marzec 1947 r.)

Ze wspomnień komendanta obozu Rudolfa Hössa:

„…Pierwszy przypadek stracenia ludzi za pomocą gazu nie dotarł należycie do mojej świadomości (…) lepiej przypominam sobie zagazowanie 900 Rosjan (…) w starym krematorium (…) Rosjanie musieli rozebrać się w przedsionku, po czym wchodzili zupełnie spokojnie do kostnicy, powiedziano im bowiem, że mają być odwszeni. Transport wypełnił akurat całą kostnicę. Następnie zamknięto drzwi, a przez otwory wsypano gaz (…) Dopiero po kilku godzinach otwarto i przewietrzono pomieszczenie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem w takiej masie zwłoki zagazowanych (…) poczułem się nieswojo: ogarnęło mnie uczucie grozy (…). Nad samą kwestią zabijania radzieckich jeńców nie zastanawiałem się wówczas. Taki był rozkaz i musiałem go wykonać.”

(Cytat. „Auschwitz w oczach SS” Oświęcim. 2008. str. 63–64)

Puszka z cyklonem B

(Foto. CM WWO)
SS-Rapportführer Gerhard Palitzsch. 4 września 1941 r. SS-Rapportführer Gerhard Palitzsch w masce przeciwgazowej otworzył drzwi bunkrów i przekonał się, że niektórzy więźniowie są jeszcze żywi. Po czym drzwi ponownie zamknięto i dosypano cyklonu B.
(Foto. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Neg. nr 7247)

Zeznania świadka … o próbach użycia gazu cyklon B na radzieckich jeńcach wojennych,
o stosunku do radzieckich jeńców wojennych, deportowanych do obozu
w październiku-listopadzie 1941 r.

Strona ładuje...

Tłumaczenie dokumentu

Pobyt w więzieniach

„21 sierpnia 1940 r. Przybyli do Gorlic niezwyczajni i zupełnie nikomu nieznani osobnicy. Stanęli na straży w różnych punktach miasta, na wszystkich ulicach, na skrzyżowaniach ulic i nawet w bramach. Sprawdzali każdego przechodnia, zwłaszcza młodych mężczyzn — jednych puszczali wolno, innych odprowadzali do budynku zarządu miasta. Tymi nieznanymi byli gestapowcy z Jasła, którzy w tym dniu ponownie użyli opanowanej wcześniej metody wyłapywania ludzi, na ten raz w Jaśle.

Około godziny 9 rano do mojego domu przyszedł policjant i zarządził, abym niezwłocznie poszedł do urzędu miasta. Na pytanie — kto i w jakim celu mnie wzywa — dał mi wymijającą niejasną odpowiedź. Nie przeczuwając niczego złego pożegnałem się ze swoją rodziną i poszedłem do urzędu. Już z daleka zobaczyłem w drzwiach wejściowych urzędu nieznanego mi człowieka, jak mi objaśnił odprowadzający mnie policjant — był to gestapowiec. Zażądał ode mnie okazania przepustki, obejrzał ją uważnie, zostawił sobie i groźnie popatrzywszy na mnie kazał mi wejść do środka. W korytarzu stał inny nieznany mi człowiek, który popychając skierował mnie do pomieszczenia kancelarii, gdzie znajowało się biuro meldunkowe dla mieszkańców miasta. W niewielkim pomieszczeniu o wymiarach 6 na 4 metry znajdowało się już ponad 30 osób — obywateli Gorlic. Na ich twarzach widzę troskę, zdenerwowanie, niektórzy pytali się — po co nas tu wezwano? Dowiaduję się, że na „polecenie” policja miejska doprowadziła tu prałata Kazimierza Litwina i mnie, zaś pozostałych złapano na ulicy. Ilość złapanych z minuty na minutę bez przerwy rosła, ponieważ gestapo pracowało bez ustanku i na podobieństwo psich łowczych doprowadzało do nas coraz to nowsze ofiary. Stopniowo aresztowani zaludniali również korytarz. W pokoju było bardzo ciasno i duszno — zdawało się, że jeszcze chwila, i wszyscy stracą przytomność, tym bardziej, że nie zezwolono na otwarcie okien.”

„…na temat „kochajmy się wzajemnie”. Był to temat umyślnie wybrany dla Wierzbicy. W swojej mowie kilka razy dawałem mu do zrozumienia, że moje słowa są skierowane do niego osobiście. Bałem się, że bedzie się mnie czepiać, ale, zostawiał mnie w spokoju.

Po wybuchu wojny między ZSRR i Niemcami 22 czerwca 1941 roku w obozie widać było ogromną radość. Cieszyliśmy się, ponieważ byliśmy pewni, że Niemcy z Armią Czerwoną nie dadzą sobie rady i ten niemiecki kolos obowiązkowo się rozwali. Narody wzięte do niewoli skorzystają z tego, chwycą za broń i nabiją im guza. Tak to wtedy widzieliśmy u nas w obozie.

Zawsze byliśmy strasznie rozczarowani i przygnębieni otrzymując wiadomości o niemieckich sukcesach. Jednakże będąc głęboko przekonani, że zwycięstwo musi być po stronie sprawiedliwości i prawa, my, jako optymiści, do których się też zaliczałem, nigdy nie wierzyliśmy w zwycięstwo Niemiec. Wierzyliśmy w to, że tych dzikich Hunnów XX wieku, którzy niosą zgubę dla całej Europy, dręcząc, zabijając i paląc wszystko dookoła, dosięgnie zasłużona kara. Dla nich nie powinno być miejsca w Europie. Dzikie Kongo, kraj żółtej febry i moskitów — oto miejsce dla takich zbrodniarzy.

Już w pierwszych dniach października zaczęli przybywać do naszego obozu jeńcy Armii Czerwonej. Na pierwszy transport, który składał się z około 500 osób, gdzie znajdowały się kobiety i dzieci, czekał straszny los.

Rozmieszczono je w bloku nr 11, który był po sąsiedzku z naszym 10. blokiem. Okna naszego bloku były zabite deskami, abyśmy nie widzieli, co działo się w bloku straceńców. Do tego bloku upchnięto jeszcze około 200 chorych ze szpitala. Z trwogą śledziliśmy, co będzie się dziać z tymi ludźmi; o tym chodziły rozmaite słuchy. Wiedzieliśmy, że że kto się dostał do tego 11 bloku więcej z niego nie wychodził. Nie trzeba było długo czekać. Już tamtego wieczoru był zauważony jeden esesman, który z maską przeciwgazową wszedł do 11 bloku. Po dwóch dniach po tym 11 blok zastygł w ciszy. Nikt do bloku nie wchodził i z niego nie wychodził. Teraz dla nas stało się jasne, co się z nimi stało. Cały transport jeńców Armii Czerwonej, a także około 200 chorych zmarli otrutych gazem.

SDokładnie znając historię obozu i żywo interesując się wszelkimi przejawami życia w obozie powiem, że było to pierwsze użycie gazu na terytorium Oświęcimia.

Po dwóch dniach blok był otworzony i nocą ciężarówki wywoziły martwe ciała. Do tego zadania zatrudniono cywilnych (najemnych) robotników, których, jak mówiono, po wykonaniu roboty rozstrzelano, aby zatrzeć ślady zbrodni.

W listopadzie 1941 roku zaczęto masowo przywozić więźniów wojennych Armii Czerwonej. Traktowano ich nadzwyczaj okrutnie. Rozbijano im głowy kolbami karabinów, łamano żebra, jednym słowem — każdy esesman uważał za swój obowiązek pastwienie się nad ludźmi. Nie będąc na froncie tym nie mniej ci esesmani pragnęli spróbować krwi niewinnych ludzi. Byłem świadkiem tych zbrodniczych czynów i to o czym piszę, to nie są żadne fantazje, lecz fakty. Radzieckich jeńców wojennych po wyładowaniu z wagonów kolejowych pędzono do tzw. „Entresungskammer” — pomieszczenia dezynfekcji, które znajdowało się około półtora kilometra od obozu. Tam każdy z jeńców rozbierał się, był strzyżony, golony i myty. Wszystko to działo się pod gołym niebem. Po tym jeńcy byli przetrzymywani do zmroku i potem w ciemności, a kiedy cały obóz pogrążał się we śnie, jeńców pędzono nagich na podwórko bloku 11. Tu jeńcy czekali do rana na przydział do poszczególnych bloków. Ponieważ tego rodzaju kąpiele działy się w listopadzie, brak jest słów, aby opisać co się działo z tymi ludźmi. Jęki i płacz słyszeliśmy przez całą noc.

Każdy jeniec, niezależnie od stanu zdrowia, musiał stawić się do roboty. Skutki kąpieli w lodowatej wodzie, praca na otwartym powietrzu, niezależnie od stanu zdrowia i złe żywienie nie kazały na siebie długo czekać. Śmiertelność wśród jeńców była wprost ogromna. Chorych dobijano w pracy i do obozu po pracy przybywały tylko trupy. W zimne i deszczowe dni, których w październiku starcza, śmiertelność była taka duża, że do transportu ciał używano niejednokrotnie wszystkich wozów i samochodów. Pamiętam, że jednego dnia przywieziono ponad 300 zmarłych.

Wracając z pracy w D.A.W. widziałem następujący widok. Na wózku leżało ze dwa dziesiątki jeńców wojennych. Jeden z nich, było to widać, resztką sił usiłował podnieść głowę... Wtedy podbiegł esesman i uderzył go z całej siły kolbą po głowie i rozbił ją.

Z tego powodu, że była ogromna ilość ciał, krematorium nie nadążało je spalać, dlatego składowano je w piwnicy bloku 3 i 6. Było okropnie patrzeć na to jak zdejmowano ciała z wozów. Zazwyczaj podnoszono deski podłogi, albo burty i trupy spadały na ziemię jak drewniane bale, potem ciągnięto je za nogi po schodach do piwnicy, albo zrzucano do piwnicy przez okno.

Do Oświęcimia w październiku i listopadzie 1941 roku przybyło około 11 tys. jeńców wojennych Armii Czerwonej i z tej ilości do czasu ewakuacji uchowało się tylko około 300 osób.

Co wieczór byliśmy świadkami wynoszenia ciał naszych zmarłych towarzyszy do krematorium. Najpierw trupy wynoszono w trumnach, a potem wracano z tymi samymi trumnami po nową partię ciał. Kiedy ilość śmierci wzrosła, trupy wożono na wózku przerobionym z katafalku wziętego z biura pogrzebowego w Oświęcimiu. Po jakimś czasie trumny się zużyły, nowych już nie zrobiono i ciała wożono na wózkach z wysokimi burtami. Na taki wózek ładowano po kilkadziesiąt ciał, które przykrywano brezentem. Wożono je jak tusze z uboju. Kiedy taki wózek wyjeżdżał z bloku nr 11 za nim sączyła się krew rozstrzelanych naszych współtowarzyszy. Nikt martwych nie odprowadzał, nikt ich nie opłakiwał, nikt im nie współczuł. Wiedzieliśmy, że śmierć ich wyrwała z naszych szeregów dziś, a jutro wezwie nas. Żegnaliśmy się z nimi po cichu i niezauważalnie szeptaliśmy słowa modlitwy „Wieczna pamięć”. Dłoni nie do modlitwy składaliśmy, a zaciskaliśmy pięści obiecując zemstę.

Moja praca w D.A.W. w charakterze magazyniera zabierała mi codziennie nie więcej niż pół godziny. Pracy biurowej nie było dużo, więc pozostały czas poświęcałem na robienie szachów, drewnianych chodaków, kasetek itd. Robiłem jeszcze coś innego, ale…”

Translation

In English

(Dokument. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau
Materiały warszawskiego procesu komendanta KL Auschwitz R. Hössa
Syg. Dpr-Hd/8 Str. 33, 79–81)

Яндекс.Метрика